O mnie

Z Warszawą związana od pokoleń

Jestem warszawianką. Przed wojną jedni dziadkowie mieszkali przy ul. Marszałkowskiej 9, a drudzy - przy ul. Wilczej 47/49. Urodziłam się w Szpitalu ks. Anny Mazowieckiej na ulicy Karowej akurat wtedy, gdy mój ojciec prowadził tam zajęcia ze swoimi studentami. Wydawało mi się zawsze, że Warszawa nie ma przede mną żadnych tajemnic. Pamiętam, jak z babcią albo mamą wędrowałyśmy po ulicach miasta. Tym wycieczkom towarzyszyły opowieści, gdzie mieszkał który krewny lub znajomy, jak spędzało się czas wolny przed wojną, w czasie wojny i po jej zakończeniu. Bo los mojej rodziny był zawsze nierozerwalnie związany z losami Warszawy. Wszyscy brali udział w Powstaniu Warszawskim, ale nie wszyscy niestety ocaleli. Ot, warszawskie losy, zbyt często tragiczne.

Niełatwy start w dorosłość

Skończyłam Szkołę Podstawową na Nowym Świecie i Liceum Ogólnokształcące na Pradze. Dlaczego tak daleko od domu – to już historia na inną opowieść, znowu związaną ze złym czasem i dla Polski i dla Warszawy, a więc i dla młodzieży. Bo wtedy, w 1968 roku, władze komunistyczne zamykały licea, więc dla wielu młodych ludzi po prostu brakowało miejsc, a był właśnie wyż demograficzny. Skąd my to znamy? No właśnie. Dlatego kłopoty młodzieży ze znalezieniem miejsca w liceum w tym roku były dla mnie swoistym déjà vu. Przerabiałam to na własnej skórze, tylko że w systemie komunistycznym.

Po studiach wychowywałam syna, dorabiając korepetycjami i korektami dla wydawnictw. Nie było to wszystko proste, bo mieszkaliśmy kątem u rodziców, mimo, że mieliśmy oboje tzw. książeczki mieszkaniowe z pełnymi wkładami. Sklepy puste, trzeba było stać w kolejkach po wszystko no i oczywiście pranie i prasowanie, bo nic nie było jednorazowego. Co więcej – nawet te wielorazowe przedmioty nie były osiągalne . A mąż pomagał jedynie „z doskoku”, bo robił drugie studia w Łodzi.

Wpływ zmian ustrojowych na podejmowane decyzje zawodowe

Gdy wylądowaliśmy wreszcie na swoim nie wierzyłam własnemu szczęściu. Ale to szczęście było niczym wobec euforii, która towarzyszyła wyborom 1989 r. Odeszłam więc z pracy w Instytucie Badań Literackich PAN, gdzie spędziłam 10 lat wśród wspaniałych, dzielnych i mądrych ludzi. Praca w administracji rządowej była pierwszym krokiem do mojej późniejszej aktywności. Zwłaszcza, że towarzyszyłam tworzeniu reformy administracji publicznej. Tak więc do wyborów samorządowych w 1994 wystartowałam dobrze przygotowana.

Pełnienie funkcji radnej w Radzie Miasta Warszawy

Bycie radną w Radzie Warszawy stało się dla mnie właściwie pracą na pełny etat. Najwięcej satysfakcji sprawiały mi dyżury w Ratuszu. Miałam je dwa razy w tygodniu i bywało, że trwały po 4 godziny, bo niemal od rana stała cierpliwie kolejka ludzi nie tylko z Warszawy. Do dziś pamiętam starszą panią, która przedstawiła swój problem w Przemyślu. Można oczywiście mieszkać w Warszawie i mieć problem w innym mieście, ale adres na dokumentach wskazywał, że pani ta mieszkała w Przemyślu. Wyjaśniłam więc, że jestem radną Warszawy. Spytałam, czy zwracała się o pomoc do radnego w swoim mieście. Odparła, że nie ma zamiaru. Takie zaufanie zobowiązuje. A ile doświadczenia dały mi te spotkania – trudno przecenić. Ile ich było – łatwo policzyć: 11 lat (prawie trzy kadencje radnej) x 42 tygodnie (odliczając wakacje) x 2 dyżury tygodniowo.

Dalsza działalność polityczna na rzecz mieszkańców Warszawy i Mazowsza

 W 2005 roku stanęłam do wyborów parlamentarnych. Doświadczenia z pracy w Biurze Reformy Administracji Publicznej, jako radnej Warszawy przez 11 lat i kierowania przez 4 lata polskim oddziałem międzynarodowej organizacji antykorupcyjnej Transparency International dawały dobrą podstawę dla pracy parlamentarnej. Moje pierwsze wybory do Sejmu z Warszawy, 19-to mandatowym okręgu, dały mi trzecie miejsce pod względem ilości głosów w okręgu. A miałam 37 miejsce na liście.

Kolejne dwie kadencje byłam posłem z Płocka z najlepszym wynikiem wyborczym ze wszystkich kandydatów startujących w tym okręgu. I wreszcie Parlament Europejski z okręgu Mazowieckiego. Zajmowałam się tam podobnym obszarem zagadnień. Opis mojej działalności w Parlamencie Europejskim jest dostepny pod linkiem.

Zawsze jednak stawiałam na kontakt z ludźmi. Biura poselskie na Mazowszu działały aktywnie, a biuro w Warszawie koordynowało ich pracę i zajmowało się najtrudniejszymi sprawami. Jak zawsze nieśliśmy w nich pomoc i służyliśmy poradą w godzinach pracy urzędów. I każdemu staraliśmy się pomóc. Nie ma spraw ważnych i nieważnych.

A czym się zajmowałam w Sejmie poza uczestniczeniem w posiedzeniach i głosowaniach najprościej ocenić, czytając interpelacje zamieszczone na stronach Sejmu RP.

Nowe wyzwanie w 2019 roku

W tym roku postanowiłam startować w wyborach do Senatu z Warszawy, okręg 43 – Mokotów, Wilanów, Ursynów i Wawer. Dlaczego właśnie z tego okręgu? Bo mieszkam w nim już blisko 40 lat. Ale całą Warszawę, całe Mazowsze, ale i Polskę, znam jak własną kieszeń. Spędziłam za kierownicą samochodu (własnego!) niezliczone ilości godzin, przejechałam po Mazowszu i Polsce tysiące kilometrów (ponad 170 tysięcy w latach 2007 – 2019).

A dlaczego Senat? Od lat słyszę, że Senat jest (powinien być?) „izbą mędrców”. I jednym tchem wymienia się osoby, które tam powinny zasiadać: samorządowcy, prawnicy, profesorowie. Czyli jak? Czynni samorządowcy, którzy dopiero co wygrali wybory, mają zaledwie po kilku miesiącach porzucić swoich wyborców? Przecież to i koszty, i przyszła dla wyborców niewiadoma. A może mają to być samorządowcy, którzy ostatnie wybory przegrali… Prawnicy – jakiej specjalności? Kraniści czy cywiliści?

Te pytania można mnożyć bez końca. Dlatego decyzję o wyborze powinno się pozostawić – zgodnie z regułami demokracji – wyborcom. Kij ma dwa końce. Inżynieria społeczna też. Jej skutki właśnie obserwujemy. Platforma Obywatelska 8 lat temu wprowadziła wybory do Senatu w okręgach jednomandatowych właśnie dlatego, aby takiej inżynierii zapobiegać.

© 2019 Julia Pitera