Na zaproszenie fundacji Ius et Lex gościł w Warszawie najsłynniejszy policjant ostatnich lat, były szef nowojorskiej policji, William Bratton. Jego sukcesy w zwalczaniu przestępczości mocno poruszają wyobraźnię. Udało mu się bowiem radykalnie zmienić oblicze jednego z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie -Nowego Yorku. Statystki statystykami (z tymi bywa różnie), ale miałam okazję przechadzać się Broadwayem w sobotni wieczór, o godzinie pierwszej w nocy, bez cienia strachu. Podobnie swobodnie czuli się inni przechodnie, których było znacznie więcej, niż przechodniów w świątecznej godzinie szczytu na warszawskiej ulicy Marszałkowskiej. Tyle, że na Marszałkowskiej nawet w dzień trzeba pilnie strzec swojej torby. Tajemnice sukcesu Brattona przestały być już właściwie tajemnicami. Zostały opisane w książce i omówione w dziesiątkach artykułów na łamach prasy, również polskiej. Metody nowojorskiej policji ciągle jeszcze pobudzają dyskusje, także dotyczące granic wolności obywatelskich. Bezpieczeństwo jest tematem niezwykle nośnym, zwłaszcza w sytuacji dość powszechnego poczucia zagrożenia. Dlatego stanowi stały element każdej kampanii wyborczej. Obietnice zawarte w programach i ulotkach mają się jednak nijak do szarej codzienności. Kandydaci zapowiadają zwiększenie nakładów na policję, budowę rozmaitych elektronicznych systemów bezpieczeństwa (nota bene w Nowym Yorku nie ma ulicznego systemu monitoringu kamer, który ma m.in. Warszawa), budowę mieszkań dla funkcjonariuszy. Wszyscy jednak zdumiewająco zgodnie pomijają milczeniem najważniejszy warunek skuteczności policji. Niezależność od zewnętrznych nacisków. Trudno dociec, czy jest to li tylko wynik słabej znajomości zagadnienia. A przecież jak długo policja nie stanie się instytucją całkowicie niezależną od zewnętrznych nacisków i „uwarunkowań”, tak długo nie pomogą ani zwiększone nakłady na jej funkcjonowanie, ani próby przeniesienia nawet najbardziej rewolucyjnych i skutecznych wzorów z innych rejonów świata. Jak długo będzie możliwe stosowanie różnych miar wobec różnych obywateli, popełniających te same wykroczenia a nawet przestępstwa, tak długo zmagania policji będą przypominały jedynie bezskuteczny pościg za króliczkiem. Ostatnio w Poznaniu głośna stała się sprawa umorzenia postępowania w sprawie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Sprawca -dealer samochodowy -zbiegł z miejsca wypadku nie wzywając do jeszcze żyjącej ofiary pomocy. Policja skierowała sprawę do prokuratury. Prokurator rejonowy ją umorzył. Wkrótce potem zaczął jeździć samochodami sprzedawanymi przez uwolnionego od oskarżeń dealera. To bezpodstawne umorzenie nie przeszkodziło w awansie prokuratora do prokuratury okręgowej. Również syn znanego adwokata z Kielc, młodociany bandyta, który wielokrotnie -mimo młodego wieku -łamał prawo nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Niedawny przypadek starosty siemiatyckiego, który posługiwał się fałszywym świadectwem ukończenia studiów też nie wydaje się być niczym oryginalnym. Oddzielnym problemem są rozmaite VIP -y, odmawiające policji prawa do przeprowadzenia czynności, którym poddawana jest reszta -niechronionych przywilejami -obywateli. Jak długo próba nakłonienia „niewłaściwej osoby” do dmuchania w balon będzie oznaczać naganę lub wręcz relegowanie ze służby, wszelkie przepisy prawa w tym zakresie będą miały charakter jedynie intencyjny. A w takiej sytuacji trudno oczekiwać determinacji policji w skutecznym ściganiu znacznie poważniejszych spraw, bo toczących się na styku świata polityki i przestępczości zorganizowanej. Nie spodziewam się więc ostatecznego wyjaśnienia, jakie treści kryją na przykład zapiski w notesie „Wariata”. Ta wiedza pozostanie zapewne już tylko w sferze domysłów. Tymczasem styk przestępczości z polityką rodzi dalsze konsekwencje. Pod wpływem nacisków, a może już nawet samocenzury efektów własnej pracy, dochodzi do umarzania wielu poważnych dochodzeń tylko dlatego, że w trakcie ich prowadzenia zostają stwierdzone kompromitujące powiązania. Z całą pewnością niemały wpływ na skuteczność walki z przestępczością ma szeroko opisywany proceder rozdawnictwa mieszkań komunalnych przez władze samorządowe przedstawicielom organów sprawiedliwości i ścigania. I nawet publikacje dziennikarzy śledczych, ujawniające zależności i mroczne strony życia publicznego, nie mogą tego stanu rzeczy zmienić. Strach pomyśleć, jak wiele spraw nie zostanie nigdy osądzonych i zostanie im po cichu „ukręcona głowa”. Podobnie bezskuteczna wydaje się być walka z drobną przestępczością. To właśnie od ograniczania tego zjawiska zaczął swoją drogę do sukcesu William Bratton. W polskiej nomenklaturze prawnej są to niestety czyny o niskiej szkodliwości społecznej. Wszelkiej maści drobni złodziejaszkowie kieszonkowi czy włamywacze samochodowi mogą więc spokojnie uprawiać swój proceder. Nawet jeśli zostaną przyłapani -włos im z głowy nie spadnie. A fach jest niezły, gdyż przynosi czyste zyski, wolne nawet od podatku. To okradziony, oprócz tego, że poszkodowany, za nich będzie musiał zaspokoić fiskusa. Podobnie rzecz się ma z karaniem innych drobnych przestępstw. Parkowanie niezgodne z przepisami ruchu drogowego pozostanie fikcją tak długo, jak długo nie zostaną wyjaśnione przyczyny, dla których zarówno policja jak i straż miejska będą szerokim łukiem omijać samowolne parkingi przed rozmaitymi lokalami, zapełnione „dresiarskimi” limuzynami o charakterystycznych, przyciemnionych szybach. I nie zmieni tego stanu rzeczy zaklinanie rzeczywistości. Nie pomoże nazywanie tego czy innego prezydenta miasta „polskim Giulianim”, tego czy innego komendanta „polskim Brattonem”. Tak jak nie miało wpływu na stan polskiej gospodarki nazywanie pani Hanny Suchockiej „polska panią Thatcher”.

 

Newsweek Polska 2002 r.