Strach pomyśleć, jak szara i monotonna byłaby nasza codzienność, gdyby nie dreszcz emocji, z jakim budzimy się każdego ranka w oczekiwaniu na nową porcję sensacji z życia wyższych sfer. A przedstawiciele tych sfer -trzeba przyznać -nie szczędzą nam scen godnych najtęższych piór Hollywoodu. Dzięki temu „szary obywatel” może zapomnieć o przyziemnych troskach: groźbie utraty pracy czy zbliżającym się terminie utraty zasiłku dla bezrobotnych, o konieczności zwolnienia kolejnych pracowników z powodu recesji, perspektywie zapłaty podniesionego z nagła dziesięciokrotnie czynszu dzierżawnego czy rozpamiętywaniu strat finansowych, spowodowanych upadłością nieuczciwej spółdzielni mieszkaniowej, której prezes -słusznie pewien bezkarności -z całym spokojem rozpocznie swój proceder od nowa, naciągając następnych frajerów. Na całe szczęście (lub nieszczęście) naszym politykom nie grozi bezrobocie. Z całą pewnością też upadłość nie zagraża spółdzielniom mieszkaniowym, w których mieszkają. Kosztami ubezpieczenia samochodów ¬jak długo jeżdżą służbowymi - specjalnie się nie przejmują. Dlatego zapewne, wolni od przyziemnych trosk, mogą się w pełni poświęcić pracy dla Polski. Każdy dzień więc zaskakuje nowymi pomysłami, trzymając nas -choć przez kilka godzin -w napięciu godnym mistrza Hitchcocka. A to padnie na właścicieli samochodów dostawczych, przed którymi staje widmo bankructwa z powodu nagłej konieczności zapłacenia podatków kilka lat w wstecz, a to blady strach ogarnie pacjentów, którym postawiono jasny wybór: albo zapłacą sobie za szczepienie przeciwko żółtaczce, albo niech się dzieje wola Nieba. To znów zawiśnie realna groźba drastycznego podniesienia składki za ubezpieczenia komunikacyjne. Wobec tak wartko płynących wydarzeń każdy z nas musi zapewnić sobie źródła informacji. Tak więc gazety, radio i telewizja są niezbędne, by nie popaść w konflikt z prawem, czym można sobie przysporzyć dalszych zgryzot. Czują to ustawodawcy i już -nie marnując czasu -opracowują sposoby wydobycia zaległych pieniędzy za radiowo -telewizyjne opłaty abonamentowe. A wszystkie problemy ma rozwiązać -wedle jednego z ostatnich pomysłów -dodatkowe opodatkowanie opodatkowanego już Kościoła. By było sprawiedliwie. Wiemy naturalnie, że te starania wynikają jedynie z troski o nas -obywateli. A obywatel to taki trochę gatunek drugiej klasy. Niewiele ma do powiedzenia, mimo że jest nieustającym obiektem eksperymentów władzy. Szkoda tylko, że nieodpowiedzialne eksperymenty, niezależnie od ofiar, nie podlegają żadnej karze. W kontekście naszej rzeczywistości kompletna niereformowalność polskich polityków wzbudza coraz głębszą dezaprobatę. Trudno się dziwić. Demonstrowana przez nich obyczajowość coraz bardziej przypomina wzory z ponurych lat PRL. To wtedy obywatel zmagając się z przeciwnościami losu i starając się przezwyciężyć niedostatki dnia codziennego zżymał się na przywileje władzy, która podlegała innym, łagodniejszym prawom niż reszta ludzi. I właśnie to było jednym z podstawowych celów walki z systemem. System się zmienił, przywileje zostały. Polscy politycy mogą spać spokojnie. Najmniejsze słowo krytyki z całą pewnością uruchomi odpowiedni aparat państwowy, który opieszały w sprawach zwykłych obywateli, natychmiast z urzędu podejmie obronę ich dobrego imienia. Wytknie ktoś niestosowność jakiejś sytuacji -można natychmiast oczekiwać akcji odwetowej, w postaci równie mocnych zarzutów lub pojemnych sugestii. Tej obyczajowości nie są w stanie jak dotąd zmienić żadne wzory. Nasi politycy jeżdżą po świecie. Spotykają się z największymi. Czytują zachodnie gazety (mam taką nadzieję)i czasem oglądają zachodnią telewizję. I jedyne, co wynieśli z tamtych obyczajów, to swoboda zewnętrznych zachowań. Reszta, czyli to, co stanowi istotę demokracji, pozostaje właściwie nie zmienione. A tymczasem w krajach, które -paradoksalnie -często stawiane są nam za wzór, politycy nie mogą liczyć na ulgowe kryteria. Wręcz przeciwnie -ich dobra osobiste są znacznie mniej chronione, niż dobra reszty obywateli. Podczas, gdy jedynym obowiązkiem jakiegoś Smitha jest wyłącznie przestrzeganie prawa, polityk musi jeszcze pamiętać o sferze tak zwanego „konfliktu interesów”. A konflikt interesów jest trudnym do zdefiniowania pojęciem określającym sytuacje, które mogą zakończyć nawet najbłyskotliwszą karierę, mimo, że nie zostało złamane powszechnie obowiązujące prawo. Tymczasem sytuacje konfliktowe w polskiej polityce są zjawiskiem całkowicie normalnym. Tak też było z historią kredytu udzielonego przez bank BWE (należący w 44 procentach do Bartimpeksu, a w 36 procentach do Aleksandra Gudzowatego i jego syna) spółdzielni mieszkaniowej „Dębina”. Członkami tej uprzywilejowanej tanimi gruntami spółdzielni są prominentni politycy SLD, w tym premier Leszek Millera. Sytuacja ta znakomicie definiuje pojęcie konfliktu interesów i jak długo nie zostanie w jakiś sposób rozwiązana, tak długo każda decyzja rządu dotycząca kontraktu na dostawę gazu czy zatrudnienia następnej osoby z kręgu spółki Bartimpex będzie komentowana z tej właśnie perspektywy. Takie sytuacje nie są niestety nowe. Problem leży w tym, że skutecznie latami bagatelizowane budzą coraz większe zgorszenie i nieufność, które to uczucia spotęgowane są dodatkowo ceną, jaką musimy płacić za błędy rządzących. Pamiętamy wszakże prominentnych polityków AWS, którzy pozwalali finansować swoje pozaparlamentarne hobby słynnej z komputeryzacji ZUS spółce Prokom. Wszystkim nieprzekonanym chciałabym przypomnieć gwałtowny koniec kariery politycznej brytyjskiego ministra wojny, Johna Profumo, który niefortunnie ulokował swoje uczucia, doprowadzając w 1964 r. do upadku rząd torysów Harolda Macmilana. A przecież prawo brytyjskie nie zakazuje ministrom rządu Jej Królewskiej Mości romansowania z kochanką rezydenta KGB.

 

Newsweek Polska 2002