Od 1994 r. samorządowcy w całej Polsce są obowiązani do składania oświadczeń majątkowych. Najpierw tajnych, a od 2001 r. jawnych, publikowanych na stronach internetowych urzędu. Nikt się jednak tym „obowiązkiem” specjalnie nie przejmował. Były liczne przypadki radnych, którzy nigdy nie złożyli ani jednego oświadczenia. I jedyną sankcją była utrata diety. Tacy radni zazwyczaj tłumaczyli się obawą, by na skutek upublicznienia majątku nie stać się obiektem zainteresowania przestępców. Były też takie przypadki, że radni wprawdzie składali przewodniczącemu rady oświadczenia, po czym natychmiast podejmowali uchwałę o niepublikowaniu ich (wbrew ustawie) na stronach internetowych. Wobec urzędników, którzy nie wywiązali się z tego obowiązku sankcje były rozmaite, często zależne od stopnia zażyłości ze zwierzchnikiem oraz licznych, nie zawsze znanych opinii publicznej okoliczności. Według obecnie obowiązujących przepisów, samorządowcom, którzy w terminie nie złożą oświadczeń majątkowych, grozi utrata mandatu. Wprawdzie o pozbawieniu radnego mandatu decyduje rada, a nie administracja rządowa, ale wojewoda z racji swoich uprawnień nadzorczych może w takich przypadkach sam podjąć decyzję. Dziś już wiadomo, że w całym kraju 33 wójtów, prezydentów i burmistrzów może stracić mandaty z powodu nie złożenia na czas deklaracji majątkowych. Również obowiązku złożenia oświadczeń majątkowych nie dopełnili jeszcze małżonkowie 154 samorządowców. I choć nie ma jeszcze danych co do oświadczeń samych radnych bilans ten jest dość szokujący. Trudno powiedzieć, czy jest to wynikiem nie przywiązywania wagi do przepisów prawa, czy zwykłe niedbalstwo – fakt jest faktem, że te dane dają jakąś odpowiedź, dlaczego tak właśnie wygląda nasze życie publiczne. Bo jedni nie przywiązują wagi do obowiązujących norm, a ci, którzy powinni egzekwować ich przestrzeganie, przestrzegają wybiórczo, w zależności, czy ich naruszenia dopuścił się „swój” czy „wróg”. Zresztą bywało już tak wielokrotnie, że łamanie tych samych przepisów antykorupcyjnych rodziło odmienne skutki prawne dla osób, które się tego dopuściły. A ile razy było tak, że mimo nagłośnienia przez prasę sytuacji wskazujących jednoznacznie na przestępstwo nie podejmowano żadnych działań? Teraz zapewne będziemy mieli festiwal odwołań do sądów administracyjnych, walk na ekspertyzy prawne (ho, ho! Szykują się zapewne tłuste miesiące dla ekspertów prawnych!), szukanie winnych i przyczyn politycznych, dyskusji o kompromitacji samorządności, argumentów o spowodowaniu dalszej apatii społecznej. Ale nic to. Rząd w ramach walki z korupcją poszerza katalogi osób objętych lustracją. Obok funkcjonariuszy samorządowych i państwowych i ich małżonków będzie to jeszcze szereg innych osób, oraz ich współmałżonkowie, nawet, jeśli mają rozdzielność majątkową. Oczywiście można ten katalog poszerzać bez końca. Zatrudniać coraz to liczniejsze zastępy kontrolerów (którzy też oczywiście powinni składać jawne oświadczenia majątkowe). Problem w tym, że rząd zakłada, że złodziej przychodzący do służby publicznej by czerpać zyski napisze prawdę w swoim oświadczeniu. Dlatego najważniejszą sprawą jest jawność i powszechność dostępu do informacji. Aby w Krajowym Rejestrze Sądowym każdy dziennikarz opracowujący sylwetkę jakiegokolwiek polityka mógł ze swojego komputera wejść do Krajowego Rejestru Sądowego i wpisując jego nazwisko ustalić obecność we władzach spółek, a wchodząc np. do centralnego rejestru hipotecznego – własność nieruchomości na terenie całej Polski. Sam fakt, że takie możliwości będą istniały zmobilizuje do przyzwoitego funkcjonowania, albo rezygnacji z wątpliwej „służby publicznej”. No ale ależ iluż kontrolerów musiałoby wtedy stracić pracę?