Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego robi w Polsce zawrotną karierę. I dobrze, bowiem wszelkie funkcjonujące poza aparatem państwa struktury mają w krajach demokratycznych nieoceniony wpływ na jakość sprawowanej władzy. W młodych demokracjach jest to sfera szczególnie delikatna, gdyż władza publiczna niechętnie uznaje społeczeństwo za partnera, a rodzące się inicjatywy społeczne traktuje często jako konkurenta do władzy. Poza tym odziedziczyliśmy w spadku po PRL wrodzoną niechęć do uczestnictwa w inicjatywach obywatelskich. W tamtych ponurych czasach wszelkie „ruchy obywatelskie” były finansowane z budżetu państwa i pod kontrolą państwa, a poza tym była to działalność koncesjonowana, a praktyczna aktywność przejawiała się głównie w wymuszanych przez „aktyw” czynach społecznych. W wolnej już Polsce przywrócono swobodę zrzeszania się. Niestety powstało dość niefortunne prawo, które wykreowało szereg inicjatyw, które choć formalnie były zarejestrowane jako fundacje – w praktyce działały jak uprzywilejowane podmioty gospodarcze, wspierane wybiórczo i uznaniowo, tak finansowo jak i majątkowo przez władzę publiczną. Długo więc określenie „fundacja” było bardziej synonimem „przekrętu” niż działalności obywatelskiej pro publico bono. Jednak nie ma zdrowej demokracji bez aktywności obywateli poza strukturami władzy publicznej i dlatego każda zasłużona organizacja daje nadzieję na stabilizację społeczeństwa obywatelskiego. I odwrotnie – każde nadużycie sfery społecznej niweczy trud odbudowy wiary w siłę aktywności społecznej. Tak już bowiem jest, że burzy się bardzo szybko, buduje zaś powoli i mozolnie. Dlatego obserwując całą awanturę wokół fundacji Amicus Europae zastanawiam się, ile jeszcze nieodpowiedzialnych ludzi broniąc spraw nie do obrony, zasłaniając się szczytnymi celami będzie wprowadzało do świadomości publicznej standardy obce cywilizacjom zachodnim. Bo trudno przyjąć, że w zgodzie z zachodnioeuropejskimi standardami jest powoływanie przez byłego prezydenta – Aleksandra Kwaśniewskiego – fundacji, której jedynym darczyńcą jest ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk wzbogacony niebotycznie i nie do końca jasno, głównie dzięki małżeństwu z córką byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy. W odpowiedzi na powszechną krytykę dyrektor tejże fundacji – Ireneusz Bil -na usprawiedliwienie milionowej wpłaty na konto fundacji Amicis Europae powołuje się na wymyślone przykłady amerykańskie twierdząc, że tenże sam oligarcha ukraiński wpłacił m.in. na Fundację Billa Clintona. I za to nadużycie do dziś nie raczył przeprosić. Mało tego – Aleksander Kwaśniewski kategorycznie oznajmia, ze to początek współpracy z oligarchą, bowiem do wpłaconych już 300 tys. dolarów dołożonych będzie z tego samego źródła kolejnych 400 tysięcy! Trzeba chyba w głębi duszy wszystkich lekceważyć, by stosując tego rodzaju praktyki, tolerowane może w Trzecim Świecie, ale nie w Unii Europejskiej mówić równocześnie o standardach europejskich, wartościach demokratycznych i kreować się na autorytet.