Zawsze określałam swoje poglądy jako konserwatywne. Cenię wysoko wartości rodzinne, mam tradycyjny stosunek do obowiązków wypełnianych przez poszczególnych jej członków. Jednocześnie uznaję prawo do realizacji swoich osobistych aspiracji każdego z nich, byle nie kosztem nałożonych – w końcu przez samych siebie -obowiązków. Nigdy nie sympatyzowałam z ruchami feministycznymi. Nie lubię, gdy ktokolwiek z troską się nade mną „pochyla”, wmawiając, że powinnam domagać się szczególnych uprawnień wyłącznie z powodów płciowych. Takie hałaśliwe zabieganie o specjalne uprawnienia przez samodzielne, wykształcone i świadome kobiety paradoksalnie sugeruje, że jesteśmy mniej „udaczne” od mężczyzn. Epitet „nieudacznika” jest mało komfortowy dla kogokolwiek. Nie jestem więc przekonana, czy służy to „kobiecej sprawie”. I taki stan mojej świadomości trwał aż do pamiętnego 8 marca tego roku. Pamiętnego, gdyż w dniu tym żona Prezydenta RP urządziła w rezydencji głowy państwa spotkanie dziennikarek reprezentujących rozmaite redakcje prasowe i stacje telewizyjne oraz radiowe. Formuła spotkania – jak donosiły następnego dnia media – była zabawna. W atmosferze nawiązującej do PRL–owskiego Dnia Kobiet (goździki, szklanki z „lurą” i inne charakterystyczne dla tego okresu akcesoria) wymieniano poglądy w duchu nowych czasów. W pewnym momencie spontaniczna inicjatywa spowodowała podpisanie przez zebrane panie apelu o nie dokonywanie zmian w konstytucji i zachowanie dotychczasowego status quo w sprawie zawartego kilkanaście lat temu kompromisu. Apel ten podpisała również żona Prezydenta RP. Decyzja z pewnością była przemyślana, skoro była zgodna z późniejszymi wypowiedziami udzielanymi dziennikarzom. Tymczasem samodzielność stanowiska Marii Kaczyńskiej stała się źródłem trwającego kilka już dni konfliktu. Okazało się bowiem, że ani poparcie apelu, ani wypowiedź w tej sprawie nie były konsultowane wcześniej w zakresie zgodności z „linią propagandową” partii rządzącej. To wywołało niebywałą konsternację. Posłanki tejże partii położyły uszy po sobie masowo odmawiając wypowiadania się na ten temat. Inaczej panowie – ci odrzucili formułę komentarza na rzecz interpretacji. Obraz liderów PiS, którzy niczym niedoświadczony nauczyciel literatury w PRL–owskiej podstawówce tłumaczyli nam, co „autor (czytaj – Pani Prezydentowa) miał na myśli” zniechęcał potencjalnych adwersarzy do wszelkich dyskusji. Bo z kim też tu dyskutować? Z panami, którzy mając wyłączność na wszelką właściwą wiedzę mrugając porozumiewawczo okiem w kierunku gawiedzi sygnalizują, że trzeba wybaczyć, bo za wybrykiem stoi „tylko” kobieta? No właśnie. Nic mi innego nie pozostaje, tylko -chcąc uchronić własne poglądy przed samo-kompromitacją -wytrwale powtarzać: Nie jestem feministką, nie jestem feministką, nie jestem feministką, nie jestem feministką…