Parę lat temu usłyszałam całkiem przypadkiem definicję władzy sformułowaną przez pewnego polityka. Według jego słów władzę można przyrównać do wysokiej góry, na której szczycie jest darmowa „wyżerka” i (używając określeń parlamentarnych) - rozmaite przyjemności. Wówczas słowa te potraktowałam jako niekontrolowane ujście euforii po zwycięstwie wyborczym. Dziś – po opisach licznych, wydawałoby się do tej pory niemożliwych ekscesów obyczajowych -tamte słowa nabierają innego znaczenia. Ale skandale obyczajowe skandalami. Podobno to cena, którą trzeba zapłacić, aby posiadać większość w Sejmie i móc budować nową jakość życia publicznego. Rzecz można by więc ująć parafrazując słowa popularnego w swoim czasie wierszyka, że „ktoś musi pracować, by mógł się bawić ktoś”. I rząd rządzi, zmagając się z nieustającą niewdzięcznością obywateli, mediów, a przede wszystkim wstrętnej opozycji, która bezlitośnie i niesprawiedliwie czepia się każdego drobiazgu, by zdeprecjonować jego starania. Bo cóż w tym takiego, że przytłoczony brzemieniem odpowiedzialności dyrektor z MSWiA, zmęczony spotkaniem z kolegami poprosił znajomego komendanta policji o zawiezienie go do domu radiowozem? W końcu jeden patrol mniej czy więcej na dworcu nie zmniejszy radykalnie poczucia bezpieczeństwa obywateli! A zwierzchnik musi czasem spotkać się ze współpracownikami, choćby w celach integracyjnych. Jak tu nie pomóc koleżance, która sterana służbą publiczną samotnie podróżuje głodna, niedogrzanym pociągiem? Problemowi można zaradzić. Już w PRL uczono, że policjant (milicjant) jest przyjacielem każdego obywatela. Czyż nowa jakość życia publicznego nie powinna jednak pozostawić miejsca na kultywowanie najlepszych tradycji służb mundurowych? A że ktoś prosi ministra, np. rolnictwa, o podstawienie znajomemu samochodu służbowego? Przecież i tak w tym momencie kierowca nic nie robił, cóż więc stało na przeszkodzie, by spełnił dobry uczynek? Również ogólnie obowiązujące przepisy nie mogą dotyczyć każdego. Do czego to podobne, by poseł był poddawany obowiązującym przeciętnego obywatela, tak przecież upokarzającym jak zdejmowanie np. butów, procedurom na lotnisku? I to publicznie! Gdy wszyscy patrzą! Ale wiadomo – dyrektor portu lotniczego dziś jest ten, jutro może być inny, a więc i procedury można próbować przy jego pomocy ominąć spiesząc do obowiązków państwowych! Jak można być tak drobiazgowym, jak można tak wszystko wytykać i czyhać na kolejne potknięcia. Wszak służba publiczna to zajęcie odpowiedzialne i wyczerpujące. Trzeba sprostać tylu wyzwaniom. Ilu trzeba znaleźć fachowców do ważnych zadań państwowych. Ciągle gdzieś kończy się jakaś kadencja. Trzeba znaleźć nowych ludzi, przede wszystkim zaufanych. Bo przecież kwalifikacja to rzecz nabyta. A dyplomów z zaufania nie zdobędzie się na najznamienitszych uniwersytetach. A więc premier na doradcę p.o. prezesa, tenże p.o. prezes na prezesa tylko gdzie indziej, a wtedy doradca będzie mógł zostać prezesem i to wcale nie p.o., tylko całą gębą. Patrząc na to wszystko czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach uwierzy, że władza to góra przyjemności?