I znowu jak bumerang powracają mniej lub bardziej odkrywcze pomysły na „racjonalizację” wyborów. Jak zwykle wyobraźnię legislatorską polityków pobudza nie troska o kształt polskiej demokracji, lecz zamęt związany z naruszaniem koalicyjnego status quo. Pół biedy, gdy pomysłodawcy orientują się w systemach wyborczych, gorzej gdy z miną mędrca dzielą się własną niewiedzą. Ostatnim pomysłem racjonalizatorskim jest poszukiwanie kary dla posła zmieniającego barwy partyjne. To prawda, że wyborcy mogą się czuć oszukani. Ale powinni rozprawiać się z takim delikwentem w najbliższych wyborach. Zaś pomysłodawcom – racjonalizatorom pragnę uświadomić, że w rozmaitych egzotycznych krajach poczyniono już kroki, by takim „zdradom” zapobiec. I tak: w Indiach, gdzie pieniędzmi partie podkupywały sobie posłów, konstytucyjnie zakazano takich praktyk; w Trynidadzie i Tobago na Karaibach zmieniający partię musieli zrzec się mandatów, by rywalizować ze sobą w wyborach uzupełniających oraz w Republice Malawii na kontynencie afrykańskim, gdzie do konstytucji wpisano obowiązek zrzeczenia się mandatu. W Malawii dodatkowo odbiera się prawo do głosowania niezgodnie z rekomendacją własnej partii (to dopiero powinno się spodobać racjonalizatorom!). Nie tylko tej nieco bardziej hermetycznej wiedzy, ale nawet tej podstawowej, zabrakło jednemu z dyskutantów zaproszonych do programu telewizyjnego. Podważył bowiem wartość większościowej ordynacji wyborczej w okręgach jednomandatowych argumentem, że trudno przecież jednej osobie w okręgu przekroczyć 5– cio procentowy próg wyborczy… Jak widać – każdy argument, nawet najbardziej absurdalny i nielogiczny, narażający na zarzut nieuctwa jest wart, by bronić obowiązującej ordynacji wyborczej. A przecież ordynacja proporcjonalna w „czystej” postaci w rozwiniętych demokracjach praktycznie nie istnieje. We Włoszech od 1994 roku 75% parlamentarzystów wybieranych jest w wyborach większościowych, we Francji obowiązuje system oparty na większości bezwzględnej w dwóch turach głosowania, w Niemczech 50% deputowanych wybierana jest w jednomandatowych okręgach wyborczych według systemu większościowego. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii obowiązuje najprostszy system wyborczy według ordynacji większościowej w okręgach jednomandatowych. Trudno się jednak dziwić, że ordynacja większościowa nie jest lubiana przez polskich polityków. Nie toleruje lenistwa i nie pozwala na chowanie się za cudzymi zasługami lub wysoką popularnością swojego ugrupowania. Wymaga pracy na rzecz swoich wyborców przez całą kadencję. Taki samotny parlamentarzysta w okręgu jest znacznie lepiej widoczny, a przez to surowiej oceniany. Jest wykluczone, by nie mieszkał w swoim okręgu i nie wiedział, jakie problemy nurtują jego mieszkańców. I to co najtrudniejsze do przełknięcia dla partii: uniemożliwia obsadzanie list kandydatami o co najmniej wątpliwej reputacji. Apeluję więc, na Karaibach lepiej wypoczywać, niż uczyć się demokracji!