Od dawna próbuję zgłębić, co stanowi klucz do obsadzania najważniejszych stanowisk w państwie. Okazuje się bowiem, że stanowiska są swoistą nagrodą dla gotowych wspierać rządzących. Zakładając, że urzędy jakoś działają -można by jedynie głęboko westchnąć i mieć nadzieję, że skutki tak podejmowanych decyzji personalnych nie odbiją się nadmiernie na kondycji państwa. Gorzej niestety gdy tak sowicie nagrodzeni zaczynają harcować z wykorzystywaniem posiadanych stanowisk. Do nadużywania przywilejów przez wysokich funkcjonariuszy przyzwyczaja się nas od lat. Służbowe samochody (nierzadko w kolumnach i na sygnale), samoloty, zastępy borowców, domaganie się od dziennikarzy dobrej prasy niezależnie od dokonań -to niestety było, jest i ... mam nadzieję, że się wreszcie skończy. Ostatni jednak wybryk wyzwala poczucie kompletnej rezygnacji. Otóż okazało się, że minister sportu nie tak dawno hucznie obchodził swoje urodziny w jednaj z podwarszawskich knajp. Sądząc po wysokości zapłaconego rachunku -3,5 tys. złotych ¬przyjęcie było godne ministra -nawet finansów. Zdarzenie to nie powinno być w żadnej mierze moją sprawą gdyby nie to, że pan minister ugościł imprezowiczów płacąc kartą kredytową będącą własnością ministerstwa, którym kieruje. Czyli -mówiąc krótko -impreza ta była prezentem dla Pana Ministra od wdzięcznego Narodu. Jak to w takich razach bywa rozgorzała dyskusja, w której głos dominujący zabrał osobiście dyrektor gabinetu ministra i stwierdził, że nie ma się czego czepiać, bo pan minister jest wyjątkowo oszczędny i z kwoty, którą mógł wydać na różnego rodzaju bibki - tyle, że służbowe -wydał niewielki procent. Należy mu się więc nagroda za gospodarność a nie potępienie zaś pan minister odda łaskawie do kasy ministerstwa przehulaną na urodzinach kwotę. Ale - do dymisji podawać się nie zamierza (czytaj: nic się przecież nie stało). Podobnie kontrowersyjne zdarzenia bywają również w innych krajach. Parę lat temu członkini gabinetu Królestwa Szwecji z braku gotówki i prywatnej karty kredytowej dokonała drobnego zakupu w sklepie (była bez limuzyny rządowej, obstawy, ochrony, koguta i innych atrybutów władzy!). Następnego dnia natychmiast z własnej, nieprzymuszonej woli zwróciła do ministerialnej kasy całą wydaną kwotę. O zdarzeniu tym Szwedzi dowiedzieli się z prasy tylko dlatego, że wicepremier w wyniku tego zajścia złożyła rezygnację ze swojej funkcji. Rezygnacja została przyjęta. Wszyscy przyjęli to jako rzecz całkowicie naturalną i nikt przy zdrowych zmysłach nie podjął się roli obrońcy pani minister w tej sprawie. Jak to jednak w takich razach bywa arogancja wysokiego funkcjonariusza pobudziła pamięć niewdzięcznych, skorych jedynie do krytyki dziennikarzy. Natychmiast wyciągnęli, że jedną z pierwszych decyzji personalnych ministra Lipca było zwolnienie z pracy człowieka, za którego sprawą był niegdyś zdyskwalifikowany aż na cztery lata za używanie środków dopingowych. Jednak nic z tego - panowie (i panie) dziennikarze -ministra nie uda się wam przywołać do porządku -u nas panują standarty: jednym z nich jest to, że kto ma władzę, ten ma rację!