Zbliżające się wybory samorządowe już podgrzewają emocje. Niestety - głównie samych polityków. Obywatele -jak na razie - dość obojętnie do nich podchodzą, traktując ten akt coraz bardziej jak wyścig ładnych władzy karierowiczów, a nie ważne podsumowanie dokonań rządzących i szansę na wymianę tych, którzy się nie sprawdzili. A niesłusznie. Przecież niezależnie od sporów na szczytach władzy państwowej jakość naszego życia oceniamy głównie przez pryzmat codziennego funkcjonowania, co ma nierozerwalny związek z efektami pracy władzy lokalnej. „Kotwica budżetowa” czy też wskaźniki ekonomiczne – wypowiadane z takim nabożeństwem przez polityków szczebla krajowego - są zagadnieniami dość egzotycznymi dla przeciętnego obywatela. Nawet najenergiczniej rosnące „słupki” prezentowane opinii publicznej przez ministrów, nie uszczelnią cieknącego dachu, nie usprawnią funkcjonowania gabinetów lekarskich, nie wymuszą na urzędzie gminnym dotrzymania terminów administracyjnych, nie „przetkają korków” paraliżujących ruch samochodów -czyli nie wpłyną na realizację naszych marzeń o życiu w przyjaznym, sprawnie zarządzanym otoczeniu. W naszym wspólnym interesie leży więc wybór dobrze funkcjonującej władzy lokalnej, mającej na względzie przede wszystkim dobro wspólne. Dlatego właśnie w dojrzałych demokracjach jest tak, że wyborcy podejmują decyzje czasem wbrew własnym przekonaniom politycznym, kierując się zimnym rachunkiem korzyści, jakie mogą przynieść wyniki wyborów, nadzieją na poprawę własnych perspektyw. Jest to postawa wprawdzie egoistyczna, lecz – paradoksalnie – bardzo propaństwowa. Wymusza bowiem na politykach liczenie się z wolą i oczekiwaniami wyborców. W Polsce – niestety – efekt ten blokowany jest złą ordynacją, która poprzez swoją proporcjonalność upartyjnia samorząd terytorialny i utrudnia weryfikację kandydatów. Nie dajmy się jednak zniechęcić! Nie dawajmy wiary wyłącznie upozowanym wizerunkom. Czytając materiały wyborcze (a warto to robić) zastanawiajmy się nad realnością składanych obietnic. Uczestniczmy w spotkaniach wyborczych; przyglądajmy się, którzy z kandydatów chcą się z nami kontaktować i rozmawiać, a którzy unikają rozmów i uciekają od odpowiedzi na pytania. Nie wstydźmy się „nękać” kandydatów. Wszak to w ich ręce mamy oddać na cztery lata własne losy i losy naszych rodzin. Warto więc się trochę zaangażować! Nawet to obowiązujące, ułomne prawo wyborcze daje nam przecież instrumenty selekcji. Zacznijmy z nich korzystać. Nie oddawajmy walkowerem naszego losu w ręce ludzi, za których później będziemy musieli się wstydzić!

 

Zbliżające się wybory samorządowe już podgrzewają emocje. Niestety - głównie samych polityków. Obywatele -jak na razie - dość obojętnie do nich podchodzą, traktując ten akt coraz bardziej jak wyścig ładnych władzy karierowiczów, a nie ważne podsumowanie dokonań rządzących i szansę na wymianę tych, którzy się nie sprawdzili. A niesłusznie. Przecież niezależnie od sporów na szczytach władzy państwowej jakość naszego życia oceniamy głównie przez pryzmat codziennego funkcjonowania, co ma nierozerwalny związek z efektami pracy władzy lokalnej. „Kotwica budżetowa” czy też wskaźniki ekonomiczne – wypowiadane z takim nabożeństwem przez polityków szczebla krajowego - są zagadnieniami dość egzotycznymi dla przeciętnego obywatela. Nawet najenergiczniej rosnące „słupki” prezentowane opinii publicznej przez ministrów, nie uszczelnią cieknącego dachu, nie usprawnią funkcjonowania gabinetów lekarskich, nie wymuszą na urzędzie gminnym dotrzymania terminów administracyjnych, nie „przetkają korków” paraliżujących ruch samochodów -czyli nie wpłyną na realizację naszych marzeń o życiu w przyjaznym, sprawnie zarządzanym otoczeniu. W naszym wspólnym interesie leży więc wybór dobrze funkcjonującej władzy lokalnej, mającej na względzie przede wszystkim dobro wspólne. Dlatego właśnie w dojrzałych demokracjach jest tak, że wyborcy podejmują decyzje czasem wbrew własnym przekonaniom politycznym, kierując się zimnym rachunkiem korzyści, jakie mogą przynieść wyniki wyborów, nadzieją na poprawę własnych perspektyw. Jest to postawa wprawdzie egoistyczna, lecz – paradoksalnie – bardzo propaństwowa. Wymusza bowiem na politykach liczenie się z wolą i oczekiwaniami wyborców. W Polsce – niestety – efekt ten blokowany jest złą ordynacją, która poprzez swoją proporcjonalność upartyjnia samorząd terytorialny i utrudnia weryfikację kandydatów. Nie dajmy się jednak zniechęcić! Nie dawajmy wiary wyłącznie upozowanym wizerunkom. Czytając materiały wyborcze (a warto to robić) zastanawiajmy się nad realnością składanych obietnic. Uczestniczmy w spotkaniach wyborczych; przyglądajmy się, którzy z kandydatów chcą się z nami kontaktować i rozmawiać, a którzy unikają rozmów i uciekają od odpowiedzi na pytania. Nie wstydźmy się „nękać” kandydatów. Wszak to w ich ręce mamy oddać na cztery lata własne losy i losy naszych rodzin. Warto więc się trochę zaangażować! Nawet to obowiązujące, ułomne prawo wyborcze daje nam przecież instrumenty selekcji. Zacznijmy z nich korzystać. Nie oddawajmy walkowerem naszego losu w ręce ludzi, za których później będziemy musieli się wstydzić!